Poetycki schemat
Błażej Hrapkowicz, 31 marca 2008, źródło: Stopklatka
Batyę poznajemy, kiedy stoi na tle niezidentyfikowanej płaszczyzny o kolorze niebieskim, która za chwilę okaże się ciężarówką. Wokół niej krzątają się ludzie, w tym jej chłopak, pakujący swoje rzeczy do samochodu. Za chwilę nim odjedzie, ale przedtem zapyta się dziewczyny: “Nie chcesz mi czegoś powiedzieć? Na przykład: zostań?”. Batya nie odpowie. Dopiero w samotności, gdy szansa na odwrócenie biegu wydarzeń bezpowrotnie minęła, słyszymy z jej ust ciche, nieśmiałe, apatyczne, ale i podszyte rozpaczą: “Zostań…”
Mieszkanie wynajmowane przez Batyę jest totalną ruiną: przeciekający sufit i odrapane ściany wyznaczają jego standard, którego właściciel budynku ani myśli zmieniać, za to ochoczo podnosi czynsz. Dziewczyna usuwa z drzwi imię byłego partnera, matce mówi, że wyjechał na jakiś czas, a sama stara się żyć normalnie. Jednak nie przychodzi jej to łatwo ? w pracy bywa rozkojarzona, błądzi myślami, nieustannie się potyka, za co surowy i oschły szef nie przestaje jej strofować. Batya jest zagubiona. Szuka oparcia, celu, sensu. Przez długi czas nieskutecznie.
Takich bohaterów, którzy wedle słów autorów przypominają meduzy płynące z prądem, pozbawione punktu zaczepienia, mamy w filmie Shiry Geffena i Etgara Kereta więcej. Wśród nich znajduje się Filipinka, najmująca się jako opiekunka starszej pani. Kiedy w krótkim czasie jej podopieczna umiera, jest ona świadkiem kłótni syna staruszki z żoną ? bardzo głośnej. W tym hałasie nikt nie interesuje się zmarłą. Wcześniej było podobnie. Tylko opiekunka przez ten krótki czas okazała starszej kobiecie odrobinę ciepła, szacunku ? być może po części dlatego, że sama czuje się samotna i tęskni za synkiem, z którym często rozmawia przez telefon, słysząc zadawane smutnym tonem pytanie: “Gdzie jesteś?”.
Pytanie to, tyle że w liczbie mnogiej, zadaje sobie zapewne również młode małżeństwo, które miało udać się w podroż poślubną na Karaiby, lecz wskutek złamania nogi panny młodej ląduje w obskurnym hotelu w mieście, gdzie się pobrali ? czyli w Tel Awiwie. Miesiąc miodowy nie należy do zbyt udanych, cechuje go raczej monotonia i nuda. Próżno szukać pasji i namiętności u nowożeńców, zajętych narzekaniem na nienajlepsze warunki oraz nie dające spać dźwięki dochodzące z ulicy. Sytuacja ulega zmianie, gdy mąż spotyka mieszkającą w apartamencie wyżej pisarkę. Żona robi się zazdrosna, pyta się uparcie małżonka: “Spałeś z nią?”. Tymczasem artystka popełnia samobójstwo. List pożegnalny jest cytatem z wiersza napisanego przez żonę, ukrywanego wstydliwie przed mężem. Pomiędzy nimi nie czuć miłości - oboje ukrywają się w twardych skorupach, nie otwierają się, nie rozumieją, pozostają dla siebie częściowo obcy. Czy doświadczenie śmierci sprawi, że będzie inaczej?
Na tę, oraz na wiele innych wątpliwości, reżyserzy nie dają jasnej odpowiedzi. Tworzą obraz, w którym miasto staje się przestrzenią ciągłego mijania się ludzi, nie potrafiących nawiązać ze sobą autentycznego kontaktu, poszukujących miłości, zrozumienia, akceptacji, także pogodzenia się z przeszłością. Ich próby obserwowane są z ironicznym, absurdalnym humorem, ujawniającym się nagle i niespodziewanie, w mgnieniu oka zmieniającym tonację sceny z poważnej na humorystyczną, podkreślającym śmieszność powikłań losu. Tragizm miesza się z komizmem, pesymistyczne nuty z optymistycznymi, chciałoby się powiedzieć ? ot, życie.
Ten nagrodzony Złotą Kamerą w Cannes utwór jest jakby celowo niedbały, nie oferuje wyraźnego spoiwa przedstawianych wątków, stara się uchwycić rzeczywistość jako konstelację zmieniających się emocji, uczuć, mieszaninę wydarzeń zwyczajnych i magicznych. Ujmując historię w nawias, chce ją jednocześnie uczynić przejmującą i prawdziwą, jak w filmach Wesa Andersona. Z jednej strony Geffen i Keret podchodzą do swoich bohaterów z lekkim przymrużeniem oka, a z drugiej wpisują ich losy w porządek metafizyczny ? symboliczne przeżycie traumy z dzieciństwa przez Batyę odbędzie się dzięki tajemniczej dziewczynce, która nagle wychodzi z wody. To postać rzeczywista ? widzą ją także koleżanka Batyi i policjant ? a zarazem pochodząca z innego świata, świata wspomnień i niezabliźnionych ran. “Meduzy” przynoszą portret codzienności, nasycając go metaforycznymi znaczeniami. Łączą przyziemność z poezją.
Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że pod tą stylistyką, czerpiącą wyraźnie z dorobku Tsai Ming-Lianga i Wong Kar-Waia, nie kryje się nic specjalnie odkrywczego ani głębokiego. Strategia, jaką przyjęli Geffen i Keret, obraca się trochę przeciwko nim, pachnie bowiem schematem, który został wypracowany przez wspomnianych azjatyckich mistrzów i jest przez nich realizowany z ogromnym wyczuciem, lekkością, świeżością, pomimo faktu, iż doskonale wiemy, czego się po nich spodziewać. Nawet otwarte zakończenie “Meduz”, w którym część bohaterów otrzyma szansę na szczęście, a część przeżyje rozczarowanie, nie zachwyca swoim niedopowiedzeniem ? takich finałów widzieliśmy już wiele. To, co w zamierzeniu miało skłonić do refleksji, okazuje się być aż nadto znajome.
Są na pewno “Meduzy” filmem przyjemnym w oglądaniu, oferują kilka poruszających i zabawnych momentów, sporo naprawdę udanych i pięknych scen, lecz jako całość nie do końca przekonują. To kino subtelnie zrealizowane, ale dramat nie wybrzmiewa w nim wystarczająco wyraziście, humor nie zawsze jest trafiony, poetyckość wydaje się czasem narzucona odgórnie, a nie wypływająca z rzeczywistości. Jeszcze raz okazało się, że bardzo trudno jest delikatnie i dowcipnie opowiadać o trudnych sprawach tak, by nie zgubić ich ciężaru. Geffenowi i Keretowi nie udało się całkowicie sprostać temu wyzwaniu, ale nie oznacza to, że ich film jest kompletnie nieudany, zwłaszcza, że mamy do czynienia z debiutem. Wątpię jednak, aby był przy tym dziełem, do którego pragnęłoby się wracać.
