Meduzy Recencja miesięcznika Kino

Jerzy Płażewski, 18 kwietnia 2008, źródło: Kino

Festiwal w Cannes, choć ma tradycje wieloletnie, ulega przemianom, które świadczą o kierunkach ewolucji X Muzy. Pociągnięciem zmieniającym niegdyś koloryt imprezy było wprowadzenie nagrody Caméra d’Or dla najlepszego debiutu. Kieruje ona uwagę na filmy dalekie od rzemieślniczej rutyny i na kinematografie młode, rozwijające się w sposób nieskrępowany. Celnym zagraniem było dopuszczenie na równych prawach kandydatur ze wszystkich sekcji Cannes: z konkursu, sekcji informacyjnych, Tygodnia Krytyki.

I właśnie z Tygodnia Krytyki wyłoniła się Caméra d’Or 2007, która przypadła lirycznym “Meduzom”, debiutowi dwojga pisarzy izraelskich, Etgara Kereta i Shiry Geffen. Pojęcie reżyserskiego debiutu filmowego trzeba w odniesieniu do nich rozumieć bardzo dosłownie, skoro ta para czterdziestolatków trudniła się już pisaniem scenariuszy filmów i seriali, pisaniem książek i komiksów, aktorstwem, reżyserią teatralną i realizacją krótkich metraży. Keret i Geffen wyznają, że opanował ich syndrom nieufności do reżyserów własnych tekstów - nigdy nie byli zadowoleni z rezultatów, postanowili spróbować sami.

Popularnego w Izraelu Kereta uznają za mistrza krótkich form literackich. Może pod jego wpływem scenariusz “Meduz”, napisany przez jego żonę, składa się z trzech krótkich, zręcznie splatających się opowieści. Tonacja, która je odróżnia, utrudnia na początku złapanie podyktowanej widzowi konwencji. Ale w miarę rozwoju akcji dociera do nas równoległość wątków. Ich bohaterowie rozpaczliwie szukają samookreślenia, świadomi, że jak meduzy dają się na wodach życia porywać przeciwnym prądom, kierującym ku samotności.

Keret i Geffen wybierają świadomie postacie bierne, którym nie udaje się samodzielnie kształtować tożsamości. We wstępie eks-narzeczony Batyi pyta w chwili odjazdu czy dziewczyna nie powiedziałaby: “Zostań”. Ona bardzo długo milczy. On odjeżdża. Ale gdy znika, ona woła - “Zostań!” Za późno. Pozostali bohaterowie też spóźniają się ze swymi wołaniami. Albo nie wołają wcale. Dlatego twórcy wprowadzają aż trzy pośredniczki, ostentacyjnie z zewnątrz, by pomogły bohaterom się odnaleźć.

Było to dramaturgiczne ryzyko. Groziła sztuczność. W wątku młodego nie rozumiejącego się małżeństwa pośredniczką została próbująca popełnić samobójstwo pisarka. W wątku matki zaniedbywanej przez córkę-aktorkę, rolę pośredniczki objęła służąca z Filipin (coś jak u nas Ukrainka), nie mówiąca ani słowa po hebrajsku. Wreszcie w wątku Batyi wyłania się z morza mała afrodytka. A więc machnięcie czarodziejską różdżką scenarzysty?

Cóż, odnotujmy różnicę w statusie pośredniczek. Hotelowe spotkanie pisarki-samobójczyni i zaangażowanie filipińskiej służącej dają się z określonych sytuacji wyprowadzić racjonalnie. Gorzej z afrodytką, która wydaje się materializacją rojeń Batyi, więc przypisaną do odmiennej sfery świadomości. Ale właśnie ta pośredniczka jest najbardziej malownicza, więc wybaczamy odmienność jej genezy.

Ten akcent metafizyczny wiąże się oczywiście z symboliczną funkcją nadaną morzu (z czym kojarzą się również tytułowe meduzy) - siedliskiem wolności wyboru, eschatologicznej zadumy, nawet światopoglądowej tolerancji. Wszak żołnierze izraelscy i palestyńscy terroryści rozebrani, w morskiej kąpieli, są identyczni.

Jeśli “Meduzy” sprawiają widzowi przyjemność, to przede wszystkim dzięki umiejętnemu przekładaniu ogólnie zarysowanych cech charakterów na konkretne sytuacje psychologiczne. Twórcy deklarują, że ich reżyserskim faworytem jest piewca bohaterów niezadowolonych, Aki Kaurismäki. Ja dostrzegałbym raczej wpływ Francuzów - Alain Resnais czy zwłaszcza Erica Rohmera. Gdy dociekamy powodów konfliktu między młodym małżeństwem - perfekcyjnie, bo niby mimochodem (poprzez błędy w ortografii) sugeruje się, że pan młody jest przybyszem z Rosji, co porozumienia nie ułatwia. Gdy dociekamy powodów antagonizmu staruszki Małki z córką-aktorką, to język niemiecki, na który przechodzi Małka w chwilach irytacji, pozwala domyślać się urazów przeszłości. Bez wykładania wszystkiego metodą kawa na ławę.

Film zaczyna i kończy piosenka Edith Piaf “La Vie en rose”, śpiewana po hebrajsku. Keret i Geffen nie pokazują może życia en rose. Ale dają przekonujące, utrzymane w dobrym rytmie i emocjonujące studium przezwyciężania samotności, którą jednak można pokonać.




Etgar Keret

Etgar Keret

Najnowasza książka

Tęskniąc za Kissingerem Etgar Keret

Szukaj na stronie

Sonda

Która książka Etgara Kereta podobła Ci się najbardziej?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Inni pisarze(.org)

Flickr stream